Gość movie - trzeci kadr

Gość movie - trzeci kadr

Proszę. Czy mogę prosić Pana do rozmowy?

„Trzeba weryfikować swoje marzenia”

Wywiad z Mariuszem Wilczyńskim

Mariusza zastałyśmy na ławce nad jeziorem - zamyślonego, z pewnością zmęczonego swoją filmową podróżą, w zadumie.

Hanna Kucal: Jak podoba Ci się Nowogard?

Mariusz Wilczyński: Siedzę tutaj, a powinienem pójść do pokoju, położyć się i zasnąć. To są moje pierwsze godziny wakacji w tym roku. Raczej co roku spędzam je z przyjaciółmi, pływam canoue gdzieś po dzikich rzekach... I właśnie tak tutaj siedzę, patrzę na wodę i jestem zahipnotyzowany. Bardzo mi się tutaj podoba. Jest super - nie ma upału, wieje wiatr. I jeszcze wy przyszłyście pogadać!

H.K.: Powiem tak ode mnie, że lokalnym okiem może trudno jest to czasami dostrzec, ale to jezioro też zawsze mnie zachwyca!

M.W.: To jest niesamowite. .Chciałbym tak mieszkać. Mieć tu gdzieś jakiś dom, pracownię..

H.K.: Wychowałeś się w Łodzi. A w takim porównaniu wielkie miasto a małe miasteczko - co byś o tym powiedział?

M.W.: Ja za mało znam Nowogard, chociaż byłem tu kiedyś parę razy. Chciałbym mieszkać w małym miasteczku. To znaczy, nie mieszkam teraz w dużym mieście, bo przeniosłem się na wieś. Bardzo lubię małe społeczności. W dużym mieście człowiek jest bardziej anonimowy, a tutaj wszyscy się znają. Co podobno też ma minusy! Mnie się taka moralność, jak tutaj, bardzo podoba. No, pojedź teraz do takiej Warszawy, gdzie wszyscy chodzą pięć razy szybciej... Nie mówię, że Warszawa jest zła, ale tutaj bardzo mi się podoba! Musiałbym tu pomieszkać.

K.: A miałeś może już do czynienia z jakąś częścią naszej społeczności? Rozmawiałeś z kimś może?

M.W.: Z wami! Przyjechałem właściwie dwie godziny temu.

H.K.: Jeździłeś cały czas po trochę większych i tych największych festiwalach. Jak w Twoim odbiorze ma się ten nasz małomiasteczkowy festiwal?

M.W: Większe festiwale to jest po prostu więcej widowni. Wydaje mi się, że to jest wspaniałe, że nie tylko są wielkie festiwale, ale że powstają i te w małych miejscowościach. Wiesz, to nie znaczy, że docelowo w małej miejscowości ma być mały festiwal. Jeden z trzech najważniejszych festiwali w świecie animacji jest w Annecy, we Francji. To jest dziesięciotysięczne miasteczko. Cannes też jest dziurą nadmorską, gdy nie ma tam festiwalu, to jest cichsze niż Międzyzdroje. Mnie się wydaje, że bardzo fajnie, że jest festiwal, że ludzie mogą mieć to tutaj, lokalnie. Myślę, że powinno być więcej takich imprez.

H.K.: Pracujesz z młodymi ludźmi, pozwalasz im się rozwijać. Jaką radę miałbyś dla młodzieży z małego miasta, która chciałaby rozwinąć skrzydła? W którą stronę się kierować?

M.W.: Czy jesteś z małego miasta, czy z dużego, to musisz przede wszystkim słuchać serca. Nie wiem, to jest taka moja rada. Z mojego doświadczenia życiowego wiem, że jeśli ktoś przymusza się do czegoś, to potem nie znajduje szczęścia. Trzeba ułożyć sobie taką drabinę wartości, hierarchię. Dzisiaj są takie czasy, że pieniądze są potrzebne. Wasze pokolenie, moim zdaniem, ma trudniej niż miało moje. Wydaje mi się, że moje pokolenie nie musiało tak bardzo na siebie zarabiać, bo wszystko było relatywnie tanie. A teraz widzę po moich studentach, że muszą dorabiać, żeby się jakoś utrzymać. To jest ciężka praca. Słuchać swojego serca. Robić to, co Cię najbardziej interesuje, ale robić to na poważnie. Bo potem człowiek ma 50 lat i myśli: ,,Kurde, nie robiłem tego, co chciałem.” I już jest za późno. Trzeba weryfikować swoje marzenia. Jeżeli marzysz, to doskonal swoje umiejętności. Poszukaj praktyk, podpatrz coś od kogoś, szkól się w tym kierunku. Ważne jest, żeby się nie zrażać.(…) Ja kierowałem się całe życie w ten sposób i jestem z tego zadowolony.

K.: Nie musi Pan nikomu podlegać...

M.W: Nikomu nie podlegam i to jest to, z czego jestem najbardziej dumny. Robię wszystko tak jak chcę. To tak łatwo brzmi, ale jak robisz tak jak chcesz, to jesteś zdana tylko na siebie. Wkładam w to swoje serce, dużo energii, ale to mi się udało! Może wynika to z tego, że zawsze do tego dążyłem. Stawiałem na swoim.

H.K: Było to trudne? Mam wrażenie, że gdy faktycznie stawiamy na swoim, to trzeba się liczyć także ze stratami. Trzeba często sprzeciwić się wielu bliskim nam osobom, które widzą naszą przyszłość inaczej...

M.W.: Ja tak miałem, gdy byłem w waszym wieku, nawet trochę młodszy. Myślałem o tym, że chciałbym rysować. Wtedy nawet nie myślałem jeszcze o filmie. Wychowywała mnie tylko mama, z ojcem był jakiś tam kontakt, ale znikomy. Mama zdawała do szkoły aktorskiej, d której  zresztą się dostała. Nie miała jednak osiemnastu lat, miała wrócić, gdy będzie pełnoletnia. Dziadek (który był bardzo kochany, ale tradycyjny i zachowawczy) niestety, zamieszał jej w głowie na tyle, że porzuciła ten pomysł. Potem pracowała jako laborantka. Miała poczucie niespełnienia, tak myślę. Zwłaszcza, że z okna sanepidu, gdzie pracowała, widać było bloki szkoły filmowej w Łodzi. Znając smak tej goryczy, bardzo wspierała mnie w moich ambicjach bycia artystą. Cała rodzina była przeciwna. Tata uważał, że bycie artystą jest niemęskie. Tym bardziej, gdy poznałem awangardowego artystę Tadeusza Nalepę, którego muzyka jest w moim filmie, to wszyscy w ogóle byli przerażeni. Mama o mnie wtedy zawalczyła. Bardzo mnie wspierała, dlatego, że sama znała gorzki smak niespełnienia. A więc moja rada jest taka: Warto pomóc szczęściu i starać się robić to, co Cię interesuje. Część kolegów mam takich, którzy mają pracę i czekają po prostu na wolne. A ja, gdy jestem tak na co dzień, skromie, nikt mnie nie zna, chodzę z psami na spacery, rysuję mój film, to jestem najszczęśliwszy na świecie! Trzeba znaleźć sobie coś takiego, co jest dla nas przyjemnością. Życie tak krótko trwa, to tak szybko leci. Bawcie się, cieszcie się i wybierzcie sobie dobrze życie. Tylko pamiętajcie, żeby nad tym pracować.

Rozmawiała Hanna Kucal

Fotografia: Martyna Kawa