Realizujcie swoje marzenia niezależnie od pogody, położenia i głosu innych – mówi Zbigniew Zamachowski, aktor filmowy, telewizyjny i teatralny, kompozytor, autor tekstów i piosenkarz, który był gościem tegorocznej edycji festiwalu „Lato z Muzami”.

 

Ukończył pan szkołę muzyczną. Czym jest dla pana dzisiaj muzyka? Czy dopełnia w jakiś sposób aktorstwo?

Muzyka jest we mnie. Może brzmi to trochę patetycznie, ale tak właśnie jest. Zdarza mi się na przykład często gwizdać w teatrze, za co mi się czasami nawet obrywa – jest taka niepisana zasada, że w teatrze w ogóle nie powinno się gwizdać. Jednak jest to silniejsze ode mnie, więc można powiedzieć, że mam taką taryfę ulgową.

Muzyka ma bardzo praktyczny wydźwięk w moim życiu, ponieważ od prawie 25 lat wykładam w Akademii Teatralnej przedmiot, który nazywa się interpretacja piosenki. Co prawda, głównie słowo jest tam ważne, ale słowo obleczone w dźwięki, które należy respektować. Poza tym – oprócz słuchania muzyki – piszę od czasu do czasu jakieś piosenki, czasem trochę większe formy. Napisałem muzykę do kilku spektakli teatralnych i do kilku filmów. Mam nadzieję, że będę się jeszcze w tym spełniał.

 

Jak zaczęła się pańska przygoda z teatrem i z filmem? Czy to był przypadek czy realizacja planu, marzeń?

To była dosyć skomplikowana sytuacja, chociaż w gruncie rzeczy prosta. Zdałem do liceum ekonomicznego, chociaż mogłem pójść do liceum ogólnokształcącego. Okazało się, że to nie była dobra decyzja, bo te wszystkie cyferki i liczenie nie były moją domeną. W księgowości jest takie pojęcie bilansu, tzn. że wszystko musi wyjść na zero. Mnie nigdy nie wychodziło na zero, więc wiedziałem, że to raczej nie będzie coś, co będę w życiu robił. Dość szybko nauczycielka języka polskiego odkryła moje artystyczne zdolności i uznała, że tym powinienem się zająć. Podczas wszystkich uroczystości szkolnych zwykle odgrywałem główną rolę. Z tego powodu dosyć szybko zacząłem pisać teksty i tworzyć muzykę – wszystko to przełożyło się bezpośrednio na moje potrzeby, przestało być tylko obowiązkiem szkolnym.

Mój pomysł na życie w tamtym czasie, to był artysta raczej śpiewający. Przypadek sprawił, że mój opolski występ z 1980 roku zobaczył reżyser Krzysztof Rogulski, który szukał do obsady „Wielkiej majówki” dwóch młodych chłopaków do głównych ról. Dostałem zaproszenie na próbne zdjęcia, które przebiegły na tyle pomyślnie, że zostałem zaangażowany. To było we wrześniu 1980 roku i po tym filmie zdecydowałem, że nie zrezygnuję z muzyki, ale złożę też dokumenty do Łódzkiej Szkoły Filmowej. Mimo kilku kłopotów, m.in. wady wymowy, zostałem przyjęty. Później, że tak powiem – poleciało. Trafiłem do wspaniałego Teatru Studio w Warszawie, który był jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym teatrem z niebywale uzdolnioną kardą aktorską, więc miałem się od kogo uczyć.

 

Czy dubbing jest dla pana formą ekspresji aktorskiej? Czy uczą tego w szkole aktorskiej?

W szkole, niestety, nie miałem żadnych zajęć z dubbingu i z tego co wiem, moi studenci też nie mają. Tego się trzeba nauczyć w praktyce. Produkcja polskiego dubbingu do „Shreka” okazała się przełomowym dla mnie wydarzeniem i najfajniejszym zadaniem do wykonania, jeżeli chodzi o tę formę aktorskiego wyrazu. Dubbing to fantastyczna dyscyplina aktorska, która wymaga jednak zupełnie innego przygotowania niż film, teatr czy estrada. To jest bardzo techniczne zadanie, ale jeśli się ma dobrego reżysera dubbingu, to można się wykazać kreatywnością. Myślę też, że w kilku rolach, łącznie ze wspomnianym Shrekiem, coś fajnego udało mi się stworzyć. Nie unikam dubbingu, zwłaszcza w bajkach udało mi się wykreować kilka ciekawych postaci.

 

Czy w życiu aktora zdarzają się takie role, których się żałuje?

Osobiście nie mam takiej roli, której bym się wstydził. Jest kilka filmów, które są trochę gorsze od innych, ale w każdej pracy zdarza się jakaś wpadka, tak samo w aktorstwie. Staram się dosyć precyzyjnie dobierać zadania aktorskie, które dostaję i jeśli któreś z nich mi nie odpowiada, to po prostu się go nie podejmuję.

 

A z której roli jest pan najbardziej zadowolony?

Taką rolą była postać Tomasza Siwka w filmie „Zawrócony” Kazimierza Kutza. Rzecz dotyczy stanu wojennego i jest cudowną tragikomedią. Myślę, że dlatego tak bardzo lubię ten film i tę rolę, bo tam zbiegły się dwie, fantastyczne rzeczy – ta historia zarówno wzrusza jak i bawi.

 

Czy w pańskiej karierze była rola wyjątkowo trudna?

Właściwie nie ma ról łatwych do zagrania. Jest takie powiedzenie: noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje – i jeśli raz zrobiło się coś dobrze, to każda następna rola jest wyzwaniem, któremu trzeba podołać. Czasami to krępuje.

Każda kolejna praca jest jak pierwszy film. Oczywiście korzystam ze wcześniej zdobytego doświadczenia, wiem jak technicznie robi się filmy, jak do tego podejść itd., ale najdelikatniejsza materia artystyczna, uczłowieczanie postaci za każdym razem jest tak samo trudne.

Dla mnie bardzo wymagającą rolą była postać Michała Wołodyjowskiego. Według mnie najlepiej na świecie zagrał tę postać Tadeusz Łomnicki i zmierzenie się z jego wizerunkiem było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Na szczęście radość z wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu wynagrodziła mi cały stres.

 

W Nowogardzie został pokazany film „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego, w którym zagrał pan główną rolę. Jak wyglądało przygotowanie do zagrania postaci Jaśka?

Każdy zaangażowany w produkcję, przygotowywał się do niej bardzo długo. Działo się tak również trochę przez to, że wypatrzona przez Andrzeja Jakimowskiego Ola Prószyńska – która wcielała się w rolę Małej – miała wówczas 11 lat. Obsadzenie dziecka wymagało od nas wszystkich innego podejścia do pracy – granie z dziećmi jest bardzo trudne i obnaża aktora. Wbrew pozorom, to że jesteśmy zawodowcami nie daje nam przewagi nad młodymi. Wręcz przeciwnie, czasem aktor niezawodowy ma taką osobowość, że bije na głowę niejednego profesjonalistę.

Ola była na planie absolutnie fantastyczna. Ale jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć spotykaliśmy się przez prawie rok – oczywiście nie codziennie – żeby się poznać. Po tym czasie, kiedy już zaczynaliśmy film, wystarczyło włączyć kamerę i od razu wiedzieliśmy, co robić i jak grać. To była ogromna przyjemność i niesamowita przygoda.

 

Czy, mimo wielu lat doświadczenia, dalej odczuwa pan tremę?

Oczywiście. Trema jest nieodłącznym elementem pracy aktora. Nie znika po kilku, czy kilkunastu latach. Są sposoby, żeby jakoś z nią walczyć i ją oswajać, ale ona raczej rośnie niż maleje z wiekiem. To buduje wielkie poczucie odpowiedzialności, za to co się robi. Za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, wiem że nie mogę zejść poniżej pewniej poprzeczki. Nie uciekam przed tremą, ponieważ jest bardzo motywująca. Ja ją nawet trochę lubię.

 

A jakie ma pan sposoby na radzenie sobie ze stresem?

Jest ich mnóstwo. Różnego rodzaju ćwiczenia oddechowe, koncentracja i zachowanie spokoju. Zazwyczaj nie wiem jaką będę miał publiczność – czy będzie chciała się bawić, czy będzie bardziej skupiona, czy uda mi się złapać kontakt z widzem. To pomaga w pewien sposób odsunąć tremę na dalszy plan. Jednak np. podczas premiery teatralnej stres jest zawsze, bo nie mamy do końca rozegranej materii, dopiero po 10, 15 spektaklach jest już trochę luźniej.

 

Czy jest coś, co chciałby pan przekazać mieszkańcom Nowogardu i młodzieży zaangażowanej w tegoroczne „Lato z Muzami”?

Realizujcie swoje marzenia. Wiem, że to brzmi trochę górnolotnie, ale ja też pochodzę z małego miasteczka, nawet mniejszego od Nowogardu i zawsze jakoś próbowałem realizować marzenia – czasem bardziej, czasem mniej konsekwentnie – na szczęście jestem w takim punkcie w życiu, w którym zawsze chciałem być. Więc jeśli mogę czegoś życzyć, zwłaszcza młodzieży, to właśnie tego, żeby spełniali marzenia, niezależnie od pogody, położenia i głosu innych.

 

Rozmawiały Wiktoria Szafran i Weronika Gargulińska